Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/latrone.to-kolejowy.grajewo.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server154327/ftp/paka.php on line 5
tym od dawna. FBI współpracowało z lokalnymi organami ścigania:

- Mógł pójść. Ale równie dobrze mógł pobiec za pieskiem lub

- Słyszałam, że znów zacząłeś wygrywać... Alec patrzył na nią, nasłuchując odgłosów
- Kogo…? – nie zrozumiała. – Ach! – podniosła się do siadu, wbijając w blondyna
W pokoju zapadła cisza. Bella wiedziała, że w ten sposób Blaque chce przetestować jej nerwy.
- Nie mam poję... - zaczął Westland, lecz Parthenia przerwała mu.
- Strasznie zagmatwane - powtórzył roztargniony. - Przeproszę cię na moment, dobrze?
leśniczy na wsi. Co prawda, kiedy ujrzała ustrzelone ptactwo i zające, zniechęciła się do
sprzyjać.
zamyślony. Becky czekała na to, co powie. Nie odezwał się jednak, tylko ujął jej dłoń.
wysłucha.
słuch o nim zaginął.
- Och, Alec. Nie przerywaj - jęknęła. Szeptała jego imię, raz po razie.
kilka następnych rat.
grzbietach. Ustawili na kształt stożka zetknięte czubkami długie lance, którymi - jak mówił jej
Tak się śmiesznie złożyło, że przyjaciel z dzieciństwa także okazał się być gejem.

Nie mogła się na to zgodzić.

paznokciami. Alec ścisnął jej szyję nieco mocniej.
Na moment zacisnęła zęby, chcąc w ten sposób przeczekać największe wzburzenie.
- Nie bądź głupi - syknęła. - Jest ciemno, spudłujesz i zepsujesz mi robotę! Wyłącz to cholerne światło! Sama to załatwię.

- Domyślam się, że pewnego dnia z równą łatwością pozbędzie się pan mnie.

31
mrugnął znacząco, dając do zrozumienia, że nie puści pary o tym, jak
- Tutaj jest - oznajmił. - Zahaczył o coś spodenkami.

Widziała jednak przez okno powód swego gniewu - mnóstwo Kozaków biwakujących

- Nie znam wszystkich. Kilku moich informatorów jeszcze się
Musi być cierpliwa. Powinna zachować się z wyczuciem. Boże, pomóż nam. Pomóż nam obojgu. Na miękkich nogach podeszła do okna i wyjrzała na parking. Słońce zalewało światłem dachy i maski samochodów zaparkowanych w równych rzędach. Cassidy policzyła w milczeniu do dziesięciu. - Przepraszam, Chase. Nie chciałam cię dręczyć... po prostu się martwię. O ciebie. O wszystko. Wilson jest nieugięty. Zawzięty. - Poruszyła odruchowo palcami. - Będzie chciał cię przesłuchać. Powinieneś być na to przygotowany. - Myślisz, że to ja podpaliłem tartak? - spytał głucho. Cassidy skuliła ramiona. - Nie. Przepraszam. Jestem po prostu zła i załamana. Wydaje mi się, że dużo wiesz i że coś przede mną ukrywasz. - Lekko zadrżała jej broda. - Nie sądzę, że podpaliłbyś tartak, ryzykując własnym życiem. Ale policja nie będzie tak wyrozumiała, a specjaliści z agencji ubezpieczeniowej będą bezwzględni. Więc uważaj, Chase. - Przewiesiła torebkę przez ramię i stanęła przy jego łóżku. Zmuszała się, żeby patrzeć na jego nieruchomą postać. Serce rozdzierał jej ból samotności. Kiedyś byli szczęśliwi. Nawet jeżeli było to ulotne. - Jeżeli chcesz, załatwię ci adwokata... - Ja tego nie zrobiłem - powtórzył. - Jesteś moją żoną i oczekuję, że mi uwierzysz. - A ty jesteś moim mężem i oczekuję, że będziesz wobec mnie szczery. - Zatrzymała się przy drzwiach. - Zdaniem władz ten pożar może mieć coś wspólnego z tym, który przed laty zabił Angie i Jeda. Pomyślałam, że powinieneś o tym wiedzieć. Do widzenia, Chase. Przyjdę później. - Cass... Słysząc swoje imię, zatrzymała się. - Tak. - Zawołaj lekarza. Powiedz im, że chcę stąd wyjść. - Przecież nie możesz jeszcze wrócić do domu. - Roześmiałaby się, gdyby sytuacja nie była tragiczna. - Jesteś... - Wiem, co mi jest, Cassidy, ale muszę stąd wyjść. - W odpowiednim czasie... - Teraz! - Na miłość boską, Chase, daj spokój! Wypuszczacie, kiedy twój stan się poprawi. - Wtedy może być za późno. - Na co? Wpatrywał się w nią tak uporczywie, że mało nie odskoczyła. Jego krtań drgała. Cassidy przypomniała sobie, że kiedyś jej na nim zależało. - Muszę stąd wyjść - oznajmił. - Im szybciej, tym lepiej. Tartak został ogrodzony. Śliska żółta taśma policyjna odgradzała rumowisko spalonych pniaków i stopionego aluminium, z którego zrobione były ściany baraków. Po biurze pozostała sterta potłuczonych szyb i spalonych ścian, potrzaskanych dachów, stosów szafek, komputerów, biurek i krzeseł, z których zostały jedynie czarne zgliszcza. Ocalało trochę nieobrobionego drewna, ale płomienie i tysiące litrów wody, którymi gaszono szalejące piekło, zniszczyły całe stosy drewna pociętego, posortowanego, ułożonego i gotowego do przewozu. Znowu podpalenie. Jak kiedyś. Ogień i woda. Jak przepowiedziała Sunny. Chociaż było prawie trzydzieści stopni, Cassidy przebiegły dreszcze. Nie wysiadła z jeepa. Silnik pracował, a ona jednym uchem słuchając radia, wpatrywała się w to, co pozostało po firmie ojca. Chase by tego nie spalił. Mimo załamania w przemyśle drzewnym, tartak Buchanana radził sobie świetnie, a inne firmy Buchanana notowały rekordowe zyski. Kto przy zdrowych zmysłach spaliłby jeden z niewielu tartaków w stanie, który pracował pełną parą i obróciłby w popiół tysiące ton drewna, które każdego dnia zyskiwało na wartości, bo jego ceny szły w górę? Chase nie jest idiotą. Zna się na ekonomii. Wyrastał w biedzie i to go nauczyło gospodarowania pieniędzmi. Przez zakurzoną szybę Cassidy przyglądała się ludziom, którzy krzątali się przy ruinach tartaku. Zaglądali przez ogrodzenie, nie zważając na stary zakaz wstępu, na którym od gorąca wyblakły litery. Ludzie rozmawiali i żartowali, wskazując sflaczałe i roztopione opony dźwigu, który przetrwał płomienie. Zęby koparki były czarne jak węgiel, obite siedzenia spalone, a silnik do niczego. Usłyszała brata dopiero, gdy zastukał palcami w szybę. Otworzyła okno. - Gówno, co? - Wskazał głową w stronę spalonego tartaku. Do jeepa dostało się ciepłe, lepkie powietrze. Ciemne chmury przesłoniły słońce. Z głośników popłynęła piosenka Elvisa Presleya. Derrick skinął w kierunku radia. - Wyłącz to. - Dlaczego?
an43